Baza pod cienie to chyba najbardziej znany produkt marki Urban Decay. Zachwycają się nim dziewczyny na całym świecie - blogerki, youtubowiczki i forumowiczki ;)
W zeszłym roku podczas pobytu w Londynie kupiłam paletkę cieni, do której dołączona była m.in. miniatura tej bazy. Jak wyczytałam na stronie w Stanach duże opakowanie (10ml) kosztuje 18 dolarów i jest dostępne w trzech odcieniach: bezbarwnym, beżowym matowym i błyszczącym.
Mam wersję klasyczną w opakowaniu 3,7ml, które jest ważne 6 miesięcy (tego się nie da zużyć w pół roku, bo zużycie bazy ArtDeco, która ma 5ml zajęło mi dokładnie cały rok).
Baza lekko podbija kolor cieni i zwiększa ich przyczepność. Mam dość tłuste powieki i niemal wszystkie cieni mi się rolują lub znikają w ciągu dnia. Baza jest podstawą mojego makijażu. Ale wiecie co? Nie zauważyłam, żeby UD było lepsze niż baza ArtDeco. Są jakościowo bardzo porównywalne. Różnią się kolorami - UD oferuje kilka odcieni, ArtDeco tylko przezroczystą, ale zarówno wersję tradycyjną, jak i bezzapachową (pierwszą zużyłam i już do niej nie wrócę, bo zapach jest irytujący, ale bezzapachowa jest super - mam jeszcze niecałe pół sloiczka). W słoiczku AD grzebiemy palcem, UD ma wygodny aplikator.
Nie wiem kto wymyślił to opakowanie, ale jest wyjątkowo kretyńskie. Patyczkiem nie dało się już nic wygrzebać, ale zobaczcie ile produktu jeszcze zostało w środku! Przekonałam się o tym dopiero po rozcięciu opakowania! Zapełniłam ok. pół pojemniczka po jakiejś próbce z Douglasa. Taka ilość bazy starczy na naprawdę długie stosowanie, bo nakłada się jej bardzo niewiele.
Podsumowując jest to dobry produkt, ale jeśli macie dostęp do np. bazy ArtDeco czy innej, z której jesteście zadowolone to nie ma sensu śnić o tej ;) no i do szału doprowadzało mnie opakowanie, z którego złaziła farba (co widać na pierwszym zdjęcie, na którym trzymam fiolkę) - całe ręce miałam w drobinkach farby, które zostawały mi na twarzy i musiałam się męczyć z ich zdejmowaniem.
