Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LUSH. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LUSH. Pokaż wszystkie posty

8 marca 2012

LUSH Mange Too



Dawno temu, gdy uległam Lushowej manii, zamówiłam kilka maseł do ciała, które jak na Lusha przystało mają nieco odmienną formę niż tradycyjne kosmetyki - to twarde kostki, które topią się pod wpływem ciepła skóry.
Postanowiłam zrecenzować masło Mange Too, które niedawno zużyłam. Ma niesamowity, niespotykany zapach - połączenie białej czekolady, miodu i mięty. Jest dość mocny, dlatego nie używałam tego produktu codziennie, ale naprawdę świetnie natłuszcza i nawilża skórę - kostka po rozpuszczeniu zamienia się w olejek, którym robiłam masaż po wieczornym prysznicu, a rano moja skóra nadal była miękka, gładka i nawilżona.

Kostka jest bardzo duża, więc starcza na długo. Z czasem robi się cienka i łamliwa. Nie widzę tego produktu w ofercie brytyjskiego sklepu internetowego, nie wiem czy to chwilowe czy został zupełnie wycofany. Na pewno można go kupić w Stanach.

Fajny produkt, ale nie jest niezbędny - można zadowolić się porządnym olejem albo np. masłem shea z Organique :)



25 kwietnia 2011

Rozczarowanie nr 2: kostka do peelingu Buffy Lush


Buffy tak naprawdę nie jest rozczarowaniem pod względem pielęgnacyjnym, ale ma jedną wadę, która skutecznie zniechęca mnie do jego używania. Zapach. Zapach, który jest mdły i tak brzydki, że nie jestem w stanie zmusić się do używania kosmetyku.
Krótki opis dla osób, które nie wiedzą czym jest Buffy - to peeling w kształcie kostki. Zawiera nawilżające masło kakaowe i shea oraz drobiny ryżu, migdałów i fasoli. Kostka jest banalnie prosta w użyciu - po prostu przejeżdżamy nią po wilgotnej skórze. Rewelacyjnie ściera martwy naskórek, jeszcze lepiej nawilża i zmiękcza skórę, do tego jest wydajna.
Kostka leży w mojej łazience już od wielu miesięcy, powinnam się w końcu zmusić do jej używania, bo trochę szkoda ją wyrzucać - kosztowała trochę ponad 5 funtów. Włączę ją chyba do projektu denko - to dla niej najlepsze miejsce ;)

9 lutego 2011

LUSHowy przewodnik: Dział Cleansers

Lush cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem, co widać na blogach, youtubie i forum wizażowym :) wiele z Was nie wie co wybrać, a ja wypróbowałam większość produktów, które znajdują się w dziale Cleansers. Postanowiłam zrobić mini-przewodnik i opisać Wam moje wrażenia z używania tych kosmetyków. Mam cerę mieszaną, która lubi się przesuszać jednocześnie dość mocno się przetłuszczając w strefie T (skóra na policzkach jest normalna).

W dziale Cleansers znajdują się przeróżne produkty, które dla ułatwienia podzieliłam na kategorie - na stronie są ze sobą wymieszane.

Demakijaż
W tej kategorii mamy dwa kosmetyki - Ultrabland oraz w miarę nowy 9 to 5 Cleanser, którego nie miałam, ale wygląda na tradycyjne mleczko do demakijażu; podobno pachnie kwiatowo (niektórzy mówią, że trochę babcinie). Podobno Ultrabland to kremowa wersja Baby Face - czyli kostki do demakijażu, która niedawno została wycofana.


Ultrabland - ma konsystencję gęstego kremu o właściwościach mleczka, który z łatwością można nabrać na palce; niestety, jest potwornie tłusty i bardzo ciężko zmyć go z twarzy, dłoni i kranu; nawet przemycie skóry Fresh Farmacy, które lubi mnie lekko wysuszać, nic nie daje. Za radą Hexxany zmywam go mydełkami z Lusha - po Ultrablandzie zostaje tłustawa warstwa ochronna, myślę, że osoby z suchą skórą będą zachwycone. Dobrze zmywa makijaż z twarzy, trochę gorzej radzi sobie z tuszem - ale przyznam, że nie mam mu tego za złe, bo nakładam bardzo duże ilości tuszu, więc mało który kosmetyk sobie z tym radzi. Wielokrotnie czytałam, że Ultrabland śmierdzi, co mnie trochę dziwi, bo mój miał bardzo delikatny zapach. Jest to jedno z moich lushowych rozczarowań, więcej go nie kupię.

Oczyszczanie skóry
Tradycyjnie znalazłyby się tu żele, kremy i pianki, ale w Lushu przewrotnie mamy trochę inną konsystencję kosmetyków - dwie kostki, kremową, zbitą Aqua Marinę oraz trzy produkty, które rozrabiamy z wodą na pastę.


Angels on Bare Skin - pierwszy kosmetyk, który kupiłam w Lushu i od razu strzał w 10. Pachnie lawendą, łatwo rozrobić go na pastę. Zawiera drobinki migdałów, które bardzo delikatnie masują i peelingują skórę. Nie wysusza, a nawilża - tutaj znajdziecie jego obszerną recenzję. Będzie dobry dla skóry normalnej, mieszanej i suchej; bardzo sucha i wrażliwa może go nie polubić przez zawartość drobinek, a dla tłustej może zbyt natłuszczać/nawilżać.

Herbalism - produkt do skóry tłustej i problematycznej. Znajdziemy w nim oczyszczająca glinkę, peelingujące kawałki migdałów i otrębów ryżowych, pobudzający krążenie rozmaryn, pokrzywę, która oczyszcza skórę z nadmiaru sebum i brudu oraz łagodzący rumianek. Nie lubię go za bardzo - ma okropny, octowy zapach i ciężko mi go było rozrobić na pastę - nie miałam tego problemu w przypadku innych kosmetyków. Spotkałam się z wieloma pochlebnymi opiniami na temat jego świetnego działania na trądzik.

Aqua Marina - miękki, różowy mus zawinięty w wodorosty do skóry podrażnionej. Brzmi cudownie, niestety do momentu powąchania. Wodorosty sprawiają, że produkt "pachnie" rybą... Wiem, że ma swoje fanki ze względu na właściwości uspokajające i łagodzące skórę, ale ja nie jestem w stanie znieść tego zapachu. Głównym składnikiem jest calamine (po polsku galman) - mieszanka tlenku cynku z tlenkiem żelaza o właściwościach antyseptycznych i łagodzących. Świetnie działa na wypryski, poparzenia słoneczne, ukąszenia owadów czy wysypkę. Czasem produkt pachnie bardziej galmanem niż wodorostami, ale to rzadkie momenty ;)

Fresh Farmacy - produkt składający się przede wszystkim z galmanu i rumianku, sięgamy po niego, gdy pojawia nam się krostka. Zawiera antybakteryjny i antyseptyczny olejek herbaciany oraz różany i lawendowy, które uspokajają skórę. Mam wrażenie, że czasem trochę wysusza mi skórę, dlatego używam go rzadko, chociaż ogólnie nieźle oczyszcza i trochę goi wypryski, dlatego warto go mieć. Kostka jest dość twarda, ale zarazem kremowa - mydlimy nią dłonie i powstałą pianą masujemy twarz.
 
Buche de Noel - świąteczna wersja Angels on Bare Skin. Pachnie świątecznym makowcem - wielbicielki tego przysmaku będą zadowolone :) zawiera bogate w witaminę C mandarynki, brandy, suszoną żurawinę, peelingujące drobinki migdałów i glinkę, która oczyszcza i zmniejsza pory. Dwa pierwsze składniki poprawiają krązenie krwi. Mam tylko próbkę, jest bardzo podobny do AOBS, ale troszkę bardziej wilgotny. Nie jestem wielką fanką makowca i na dłuższą metę nie mogłabym go używać, dlatego wybieram AOBS.

CoalFace - sprasowana wersją Dark Angels (opisanego poniżej w dziale peelingi). CF stosujemy jak mydło - spieniamy w dłoniach; zawiera małe drobinki, które dodatkowo peelingują skórę, ale jest ich naprawdę niewiele, więc spokojnie w razie potrzeby może być używany codziennie przez osoby z tłustą skórą. Mam tylko mały kawałek, nie zachwycił mnie na tyle, żeby kupić całą kostkę - wolę używać czegoś nawilżającego, bo Coal Face może trochę przesuszyć skórę.

Peeling
W tej kategorii znajdziemy dwa peelingi, oba mocno złuszczające, ale o różnych konsystencjach i zapachach.


Ocean Salt - peeling zarówno do twarzy, jak i ciała; w kremowej bazie zatopione są duże ziarenka soli, co może przerażać (zwłaszcza wrażliwców). Nie ma się czego bać - wystarczy delikatniej masować, sól się powoli rozpuszcza i peeling jest delikatniejszy. Ja się zakochałam w konsystencji peelingu - lekki, puszysty krem, który po zmyciu zostawia skórę miękką, gładką i nawilżoną. Niestety zapach nie przypadł mi do gustu, chociaż wielu osobom się podoba - sól, cytrusy i wódka to nie jest połączenie, które lubię ;)

Dark Angels - produkt, którego zapachu nie lubię, ale uwielbiam działanie. Pachnie anyżem, którego nie znoszę. Produkt jest czarny, po rozrobieniu na pastę okazuje się, że ma mnóstwo maleńkich, ale diabelnie ostrych drobinek. Przestrzegam przed zamawianiem go w celu codziennego oczyszczania skóry - to jest typowy peeling do stosowania 1-2 razy w tygodniu. Strasznie brudzi wannę/umywalkę, ale warto - skóra jest niesamowicie gładka. Polecany głównie do tłustej skóry ze względu na zawartość sproszkowanego węgla drzewnego i błota Rhassoul. W opakowaniu jest go naprawdę sporo - polecam kupowanie na spółkę z drugą osobą.

Inne
Do tej pojemnej ;) kategorii zaliczyłam maseczkę oraz Grease Lightning, czyli żel z olejkiem herbacianym, tymiankiem, aloesem i oczarem wirginijskim, który zmniejsza wypryski i zapobiega powstawaniu nowych. Nie miałam go i raczej nie będę miała, bo mało który produkt tego typu na mnie działa.

Mask of Magnaminty - maseczka, którą kupiłam podczas pierwszej wizyty w Lushu, dostępna w 2 pojemnościach - tą większą naprawdę ciężko zużyć, ja ją skończyłam chyba dopiero 2 miesiące po terminie. Pachnie mocno miętą i chłodzi - zmarzluchom polecam latem, bo zimą nie jest to najprzyjemniejsze uczucie ;) ma grube, ostre drobinki, więc podczas nakładania/zmywania możemy zrobić dodatkowo peeling skóry. Świetnie odświeża cerę, ściąga pory i oczyszcza skórę. Jest rewelacyjna i polecam ją każdemu.

28 stycznia 2011

Zużyłam: Styczniowych zużyć ciąg dalszy

Styczeń dobiega końca, czyli... czas na kolejną porcję zużyć :) nie było tego wiele, w lutym na pewno będzie więcej - zwłaszcza kolorówki!


Bibułki matujące Kracie - bibułki przywiezione z Hong Kongu dawno temu - zużyłam już kilka opakowań, część rozdałam, a część nadal mi zalega (nie dość, że miałam kilka opakowań, to niektóre zawierały po 300 bibułek...). Dobrze zbierają sebum z twarzy, mogłyby być większe, bo zazwyczaj potrzebuję dwóch, żeby się zmatowić.


Antyperspirant Soft Ziaja - uznałam go za odkrycie roku 2010; polski kosmetyk w dobrej cenie, jakością nie odstaje od Garniera i Nivei. Ma delikatny pudrowy zapach, dobrze chroni przed poceniem. Na pewno będę do niego wracać. Polecam :)



Korektor Aquasublime Galenic - stosowałam go tylko pod oczy, ma jasny odcień; niestety z opakowania w ciągu dwóch tygodni starły się wszystkie napisy - bardzo tego nie lubię. Korektor jest praktycznie niewidoczny na skórze, ale ma chyba dużo silikonów albo innych tajemniczych składników, bo fajnie wygładza skórę i lekko ją napina.


Szampon dla blondynek John Frieda - szampon w miękkiej, wygodniej tubie. Jest bardzo wydajny, dobrze oczyszcza włosy nie wysuszając ich ani nie powodują przetłuszczania. Bardzo delikatnie rozjaśnia włosy, raczej nadaje im blask, nie jest to spektakularne rozjaśnienie


Ultra Bland Lush - krem, który usuwa makijaż - wcieramy go w suchą skórę i zmywamy wodą/wilgotnym wacikiem. Największe rozczarowanie Lushowe :( tłuste jak diabli, często rozmazuje tusz pod okiem i ciężko go usunąć; bardzo ciężko się zmywa - zostaje mega tłusta warstwa na skórze; za radą Hexxany zmywam Ultra Bland mydełkiem z Lusha, ale nie satysfakcjonuje mnie takie rozwiązanie na dłuższą metę.


Żel myjący 3 w 1 Anti! Acne Under Twenty -  preparat możemy stosować jak żel myjący, peeling lub maseczkę oczyszczającą. Ma konsystencję gęstej pasty z ostrymi peelingującymi drobinkami. Zawiera glinkę, która dość szybko zastyga i mocno oczyszcza. Polecam osobom z tłustą skórą, które lubią ostre peelingi, dobre oczyszczenie skóry i tanie kosmetyki. Kosmetyk ma dużą pojemność i jest wydajny.

24 stycznia 2011

Przetestowałam: Szampony w kostce Lush


Na początku przygody z Lushem wydawało mi się, że szampon w kostce to jakaś głupota i nie ma prawa bytu. Z pewną dozą podejrzliwości zamówiłam Seanik i Godivę, no i przepadłam ;) na dzień dzisiejszy Seanik to jeden z moich ulubionych szampanów.
Szampony w kostce są bardzo łatwe w użyciu - spieniamy je w dłoniach jak mydło lub pocieramy wilgotne włosy kostką. Z łatwością się pienią, dobrze oczyszczają włosy. Lush ma wiele różnych wersji szamponów - np. nabłyszczający, z odżywką, przeciwłupieżowy, na wypadanie włosów... Przetestowałam 4 - Godivę i Seanika zużyłam i kupiłam ponownie (z różnych względów, ale o tym później), aktualnie używam Squeaqy Green i od czasu do czasu Karma Komba.

Łatwo zabrać je ze sobą w podróż, ponieważ są lekkie i zajmują mało miejsca. Polecam kupować dwa szampony na raz - dzięki temu dostajemy za darmo opakowanie na szampon (samo opakowanie kosztuje 2,50 funta). Według Lusha szampon w kostce jest bardzo wydajny i zastępuje 3 butelki szamponu - nie wiem czy są to dokładnie 3 butelki, ale rzeczywiście szampon jest super wydajny - wystarczy parę razy potrzeć włosy i mamy odpowiednią ilość piany do umycia całej głowy.

Na zdjęciu od góry znajdują się Squeaky Green, Karma Komba, Seanik, Godiva.

Squeaky Green - szampon przeciwłupieżowy; ma fajny męski zapach; zawiera rozmaryn, pokrzywę, miętę i wyciąg z drzewa herbacianego. Łupieżu nie mam, ale szampon fajne oczyszcza włosy i sprawia, że mniej się przetłuszczają. W kostce zatopione są kawałeczki patyczków i listków, ale nigdy nie znalazłam ich na włosach. Niech Was nie przeraża zapach - jest naprawdę przyjemny, pachnie jak uniwersalne męskie kosmetyki. Włosy są po nim delikatnie splątane, raczej można go używać bez odżywki.

Karma Komba - szampon o działaniu przeciwłupieżowym i relaksacyjnym; olejek pomarańczowy, sosnowy, paczuli koją skórę głowy i zwalczają mikroby odpowiedzialne za powstawanie łupieżu, a olejek lavendin relaksuje.Nie przepadam za tym szamponem, bo wysusza trochę włosy i bardzo je plącze, ciężko mi je rozczesać. Ładnie pachnie, dość intensywnie; ciężko mi określić czym dokładnie pachnie - to raczej mieszanka wszystkich olejków jakie zawiera.

Seanik - szampon dodający objętości; zawiera sól morską i algi; ma morski zapach, ale bardzo delikatny i naturalny (absolutnie nie jest to zapach odświeżacza powietrza). W szamponie zatopione są kawałki alg. Dobrze oczyszcza i nabłyszcza włosy, które przez cały dzień są świeże. Nie muszę używać po nim odżywki! Włosy stają się bardzo miękkie i jedwabiste w dotyku, rzeczywiście nabierają trochę objętości (ale raczej nie mam z tym problemu, więc nie wiem czy osoby z bardzo cienkimi włosami będą zadowolone).

Godiva - szampon nawilżający z masłem kakaowym i masłem shea; pachnie intensywnie jaśminem, prawdziwym mocnym jaśminem, więc jeśli ktoś nie lubi tego zapachu to nie polecam. Niestety nie jestem zadowolona z tego szamponu, który mimo zawartości odżywki, bardzo plącze mi włosy i bez zwykłej odżywki nie mogę ich rozczesać. Godivę kupiłam ponownie ze względu na zapach - leży w szufladzie z bielizną ;)

Zobaczcie jak się robi Solid Shampoos :)


Miałyście okazję spróbować tych szamponów? Lubicie je czy wolicie tradycyjne płynne szampony? Chętnie poczytam o kostkach, których nie próbowałam :)

15 stycznia 2011

LUSHowe mydełka

Dużo osób pyta o wielkość mydeł z Lusha, dlatego postanowiłam pokazać moją kolekcję. Najmniejszy kawałek jaki można kupić w sklepie ma ok. 100 gram. Dziewczyny ze wspólnych wizazowych zakupów często biorą mydła na pół.

Jak widać mydła różnią się kształtem, w zależności od konsystencji również wielkością - stu gramowa kostka mydła X nie wygląda tak samo jak stu gramowa kostka mydła Y.



Od lewej: Vanilla in the Mist, Angel's Delight, Sultana of Soap, Snow Globe, Lady Catrina, Summer Pudding, Snowcake, Porridge, Honey I Washed the Kids

Snowcake, Porridge, Honey I Washed the Kids to połówki (dolny rząd), Summer Pudding używam od jakiegoś czasu; reszta mydeł ma ok. 100 gram; na dole dla porównania mydło z Body Shopu (również 100g). Mam gdzieś w łazience kawałek mydła Sexy Peel, ale rzadko go używam i zrobiło się bardzo twarde - dużo osób poleca to mydło, niestety mnie w ogóle nie przypasowało - albo trafił mi się stary kawałek (nie wiem czy to możliwe, kupowane było w sklepie, nie przez net) albo po prostu nie jest dla mnie. Średnio się pieni, skórki cytrusów są twarde i bardzo drapią skórę, która staje się zaczerwieniona.

Jeszcze parę miesięcy temu mówiłam, że nie wyobrażam sobie jak można się myć mydłem... no cóż, ludzie się zmieniają ;)  Lubię je głównie za zapach, nie wysuszają skóry, niektóre nawilżają, inne peeligują. Ogólnie polecam, ale raczej nie spodziewajcie się niewiadomoczego ;) ja je zamawiam przede wszystkim dlatego, że nie znalazłam w naszych sklepach niczego co by tak ładnie pachniało. Interesuje Was recenzja jakiegoś konkretnego mydła? Używam Porridge,  Honey I Washed the Kids, Summer Pudding, Snow Globe, Sexy Peel i próbek Lady Catrina, Sultana of Soap, 13 Soap.

10 stycznia 2011

Ciekawostki ze sklepów + powiew wiosny

W ramach walki z sennością postanowiłam przejrzeć sieć w poszukiwaniu ciekawych nowości. Oprócz nowych produktów możemy także znaleźć trochę kolekcji wiosennych - marzy mi się już wiosna, a Wam? Nie mogę się już doczekać. Nawet mi zdjęcia swatchy nie wychodzą, bo nie ma słońca :(

Primer NYX z nowej linii HD - znalazłam bardzo pochlebną recenzję. Interesują mnie jeszcze róż i Soft Matte Lip Cream - coś pomiędzy szminką a błyszczykiem. Kosztuje 14 dolarów, myślę, że jest to produkt, który zamówię w przyszłości. Tutaj możecie obejrzeć resztę nowości

Brush with Fashion to kolekcja Body Shopu - a w niej m.in. paletki cieni, róż w kremie czy rozświetlającą bazę pod podkład w pędzelku. Zdjęcia i recenzje na blogu The 6 inch stilettos

LUSH przygotowuje się do walentynek. Zainteresowała mnie żaba do kąpieli, kostka The Ex Factor oraz kwiatowe mydełko z pięknym wzorem. Tutaj obejrzycie resztę produktów








 

Urban Baroque to zimowa kolekcja Catrice, ciekawe czy w końcu do nas dotrze. Najbardziej podoba mi się rozświetlający puder i lakiery do paznokci - więcej zdjęć tutaj
Nawilżające koloryzujące balsamy do ust to propozycja Clinique'a - miałam okazję je przetestować, są rewelacyjne. Półprzejrzyste, w bardzo ładnych odcieniach, wykręcane. No i to urocze zdjęcie z galaretkami :)


Eco Tools nareszcie w Polsce! W środę wybieram się do Superpharm je obejrzeć, kusi mnie pędzelek do korektora. Pędzle są bardzo znane wśród blogerek, mają świetne recenzje.
Róż do policzków z wiosennej kolekcji Lancome. Według mnie jest uroczy, podoba się Wam?
Jeanius - w tym roku wiosna w MACu jest dżinsowa. Wpadły mi w oko cienie i róże - zwłaszcza ten intensywnie różowy. Więcej zdjęć i opisów na Temptalii












Byłam dziś w TK Maxxie w Centrum i kosmetyki są BARDZO przebrane, praktycznie nic ciekawego nie zostało. Lakiery Nails Inc. można kupić w niezłych cenach - zestaw 4 lakierów 40zł; zestaw bodajże 10 lakierów 80zł. Stili nie widziałam.

Miałyście kiedyś podkład Vichy Aerateint Pure do skóry mieszanej? Wpadł mi w oko i nie wiem, czy warto go kupić.

10 grudnia 2010

Magda w kąpieli: Lush Christmas Eve Bubble Bar

Lush słynie z produktów do kąpieli - w końcu postanowiłam się na nie skusić. Na pierwszy ogień poszły produkty z kolekcji świątecznej - głównie ze względu na to, że są limitowane i mogą wkrótce zniknąć.
Lush ma 3 rodzaje produktów, które wrzucamy do wanny: baths melts - produkt, który zawiera w sobie dużo olejów - wkładamy go do wanny, rozpuszcza się tworząc bardzo odżywczą, natłuszczającą kąpiel; bath ballistics, czyli popularne kule do kąpieli oraz bubble bars - tworzą one cudowną pianę.


Christmas Eve należy do kategorii Bubble Bar. Lush poleca użycie Christmas Eve po świątecznej, nerwowej bieganinie np. za prezentami ;)




Produkt: niebieska spłaszczona kula z żółtym księżycem, całość pokryta czymś w rodzaju brokatu- miałam kiedyś takie kółeczka do zdobienia paznokci, ale nie wiem jak się fachowo nazywają; lekko wilgotna w dotyku. Z łatwością można pokruszyć ją w dłoniach.
Sposób użycia: kostkę lub jej kawałek kruszymy pod bieżącą wodą; wymieszałam dokładnie i 'roztrzepałam' wodę w wannie, żeby równomiernie rozprowadzić produkt, dzięki czemu powstało więcej piany.
Zapach: kwiatowy - nie wyczuwam jaśminu, ale wymieszane różne kwiaty; nie jestem wielbicielką kwiatowych woni, ale ten mi się nawet podoba - absolutnie nie przypomina nic co można dostać pod nazwą 'kwiatowy zapach' w polskich drogeriach. Wg strony Lusha użyto olejku ylang ylang, absolutu jaśminowego oraz ekstraktu z gardenii.
Kąpiel: woda zabarwiła się na jasny, spokojny odcień niebieskiego, powstało bardzo dużo piany, która długo utrzymywała się w wannie (wiele kosmetyków owszem robi fajną pianę, która bardzo szybko znika). Polecam kąpiel z ta kostka przed snem lub po bardzo stresującym dniu - byłam bardzo zrelaksowana, prawie zasnęłam w wannie, co mi się nie zdarza. Woda w dotyku stała się jedwabiście miękka za sprawą sproszkowanego mchu irlandzkiego  - świetne uczucie, skóra po kąpieli jest delikatnie nawilżona, nie ma konieczności używania balsamu.
Cena: £2.60/100g - podzieliłam ją na dwie części, ale czytałam, że niektórzy dzielą ją nawet na 4!


Podsumowując: bardzo polecam zestresowanym osobom oraz fankom kąpieli w pianie :)

5 grudnia 2010

Zużycia listopadowe :)

Listopad się już skończył, więc czas na kolejną porcję zużyć - wcześniejsze listopadowe zużycia wraz z krótką recenzją znajdziecie tutaj. Miesiąc można zaliczyć do udanych pod względem zużyć :) nie przypominam sobie żadnych większych zakupów kosmetycznych (oprócz kolejnej brązowej kredki chyba nic szczególnego nie kupiłam).


Wyszczuplający żel modelujący Garnier - nic szczególnego - może minimalnie napina, ale chyba raczej przez zawartość alkoholu. Można sobie odpuścić.


Chusteczki z kwasem mlekowy Cleanic - mój faworyt, nie zliczę ile opakowań zużyłam. Świetne przede wszystkim w podróży.


Peeling drobnoziarnisty Nantes - duża pojemność, ale średnia jakość. Cieszę się, ze go zużyłam, bo działał mi na nerwy. Krem z drobinkami, które mało co peelingują. Nie warto.


Peeling do stóp PediSation - zachwycałam się nim tutaj - szkoda, że już się skończył, na pewno do niego wrócę.


Kremowy peeling Dr Irena Eris - nie widzę go na stronie, jest tylko cukrowy, mam nadzieję, że go nie wycofali. Bardzo fajny peeling, najczęściej stosowałam go na sucho. Jest bardzo przyjemny w użyciu - mam wrażenie, że używam czegoś luksusowego - chyba ze względu na jego kremową konsystencję. Fajne opakowanie, jest ostry. Lubię dawać tą linię w prezencie, bo ładnie się prezentuje.


Sztyft na wypryski Cleanance Avene -nie powalił mnie na kolana, ale chyba dlatego, że tego typu produkty rzadko na mnie działają. Nie kupiłabym go sama, ale niestety dostałam, więc zużyłam. Wygodna forma, jest bezbarwny, więc można go nosić w torebce i w razie potrzeby nakładać na krostki w ciągu dnia.


Szampon w kostce Seanik Lush - mój ulubiony szampon. Świetnie oczyszcza włosy, nie trzeba używać ponim odżywki, żeby rozczesać włosy. Przyjemnie pachnie, dzięki zawartości soli morskiej i alg zwiększa objętośc włosów i sprawia, że są błyszczące.


Luminizing Color Powder Shiseido - puder w najjaśniejszym odcieniu 01, raczej nie dawał koloru, ale pięknie rozświetlał skórę. Na początku byłam nim zachwycona, później już mniej, ale ciężko powiedzieć czemu - chyba po prostu szybko się nudzę kosmetykami - wolałabym mniejsze opakowania. Opakowanie zostawiam, bo za granicą można kupić do niego wkłady. Ma świetny gruby pędzelek, co się rzadko zdarza jeśli chodzi o pędzelki dodawane do pudrów.


Błyszczyk Addict Ultra Gloss Dior - stara wersja, ale bardzo fajna. Sprawia, że usta lśnią niczym tafla. Piekny jasnoróżowy, przejrzysty kolor. Szkoda, że już się skończył, ale mam nową wersję błyszczyka, która teoretycznie jest lepsza - jak będzie, zobaczymy. Ma wygodny krótki pędzelek.

22 listopada 2010

Zwariowałam, czyli znowu Lush

Oficjalnie ogłaszam, że jestem lushomaniaczką. Kolejne zamówienie w toku, a przecież dopiero odebrałam dużą paczkę!
Wielkie podziękowania dla Izy za zorganizowanie zamówienia i plotki kosmetyczne przy świątecznej kawie w Coffee Heaven - mam wrażenie, że wszyscy się na nas patrzyli jak na wariatki, gdy rozpakowywałyśmy, wąchałyśmy i testowałyśmy kosmetyki ;)

Zamówiłam głównie kosmetyki z kolekcji świątecznej, dwa produkty, które mi się skończyły i mydło waniliowe, które baaaardzo podobało mi się w sklepie, a teraz trochę jakby mniej...


Kostka do kąpieli Christmas Eve - kwiatowa kostka, która pomoże nam się zrelaksować
Kostka do kąpieli Bearded Lady - brodata pani, nic dodać, nic ująć ;)


Kostka do kąpieli Gingerbread House- uroczy, mały  piernikowy domek, niestety nie do zjedzenia
Kula do kąpieli Satsumo Santa - mandarynkowy mikołaj dla osób, które nie moga się go doczekać

 
Mask of Magnaminty - cudowna, glinkowa maseczka, którą trzeba mieć
Szampon Seanik - właśnie kończę pierwszą kostkę, bardzo go lubię
Peeling Sugar Plum Fairy - peeling cukrowy z kolekcji świątecznej


Mydło Angel's Delight - owocowe, kolorowe mydło o zapachu porzeczki
Mydło Snow Globe - bardzo orzeźwiające, cytrynowe mydełko
Mydło Vanilla in the Mist - słodka, ciepła i otulająca wanilia

20 listopada 2010

Fresh is BEST


Głęboko oczyszczająca maseczka Love Lettuce dla każdego typu skóry. Ziemia fulerska i kaolin usuwają brud i oczyszczają pory, a olejek migdałowy i żel z wodorostów zmiękczają skórę.

Love Lettuce to jedna z tzw. świeżych maseczek Lusha. Nie zawiera konserwantów, dlatego musi być przechowywana w lodówce i zużyta w ciągu 2-4 tygodni. Ja część mojej maseczki zamroziłam - podobno nie traci swoich właściwości i polecają to niektórzy sprzedawcy Lusha. Opakowanie powinno starczyć na 3-4 razy, ale według mnie starcza na dłużej, w końcu to 45ml.

Love Lettuce jest jedną z najlepiej ocenianych maseczek Lusha. Kupując Love Lettuce mamy od razu zapewniony peeling, bo maseczka zawiera w sobie dużo kawałków skorupek migdałów - jeśli macie bardzo delikatną skórę to radzę uważać, bo są naprawdę ostre.

Ziemia fulerska jest podobna do glinki kaolinowej i ma świetne działanie absorpcyjne, poprawia cyrkulację krwi i jest polecana dla osób ze skóra tłusta i trądzikową. Drugi ważny składnik to chlorofilina, z tego co wyczytałam jest to bardzo silny antyoksydant, stosowana wewnętrznie usuwa toksyny z organizmu, działa przeciwbakteryjnie i przeciwzapalnie, poprawia krążenie, wzmacnia system odpornościowy itp. W połączeniu z olejkiem lawendowym w maseczce normalizuje produkcję sebum. Nadaje maseczce Lusha piękny, zielony kolor.



Mam skórę mieszaną skłonna do przesuszania i nie mogłam się zdecydować, która maseczkę wziąć. Najlepiej oceniana jest Love Lettuce i Catastrophe Cosmetic. Podpytałam dziewczynę w Lushu jaką maseczkę poleca - okazało się, że ma skórę podobną do mojej i jest bardzo zadowolona z Love Lettuce. Maseczka bardzo przyjemnie pachnie. Nakładam ją na ok. 10-15 minut, zmywając robię masaż i przy okazji peeling. Maska zastyga na twarzy jak glinka (ale nie ściąga skóry) i niestety potrafi się pokruszyć, dlatego lepiej nie chodzić w niej po całym domu - chyba, że potrzebujecie pretekstu do sprzątania ;)
Po zmyciu skóra jest super gładka i super miękka. Mam wrażenie, że jest rozjaśniona, a pory lekko zmniejszone.
Wystarczy niewielka ilość, żeby pokryć strefę T lub całą twarz; maseczka jest wydajna, szkoda, że jest ważna tak krótko.

Skład: Agar Agar Gel (Gelidium cartilagineum), Kaolin, Honey, Fullers Earth, Glycerine, Almond Oil (Prunus dulcis), Ground Almond Shells (Prunus dulcis), Ground Almonds (Prunus dulcis), Lavender Oil (Lavandula angustifolia), Chlorophyllin (CI 75810), Geraniol, Limonene, Linalool, Perfume
Kosztuje 5 funtów za 45ml

13 listopada 2010

Plan zużyć do końca roku!

http://www.nataliedee.com/archives/2008/Jul/

Podejście do projektu denko po raz kolejny, ale tym razem w nieco zmienionej formie. Muszę się wziąć za zużywanie zapasów, ale jak to zrobić, gdy tyle kosmetyków jest otwartych? Daję sobie czas do końca roku na zużycie poniższych kosmetyków - z niektórymi na pewno pójdzie mi bardzo łatwo, z innymi pewnie się trochę pomęczę, mam nadzieję, że 2 miesiące to odpowiedni czas na ich zużycie. Plan jest następujący: nie otwieram kolejnych kosmetyków z tej samej grupy, dopóki nie zużyję już otwartych.
  • błyszczyki - wytypowałam 3, innych nie tykam ;)
  • balsamy do ciała - totalna masakra, policzyłam ile mam mniej więcej w zapasach, wyszła liczba dwucyfrowa - lepiej to przemilczeć
  • pudry do twarzy - dwa prasowane powinnam skończyć, sypkiego chyba nie zużyję, ale w styczniu powinnam się z nim rozprawić
  • balsam do ust - otwarty jest tylko jeden i zostało go niewiele, ale w zapasach czekają chyba 3
  • baza pod cienie - chcę zużyć resztkę bazy Urban Decay, którą recenzowałam tutaj
  • korektor - również resztka z rozciętego opakowania
  • krem do rąk - końcówka jednego, drugi napoczęty
  • toniki - dwie końcówki, na pewno zużyję, bo tonik to podstawa mojej pielęgnacji
  • peelingi do twarzy - mam trzy i chciałabym zużyć chociaż jeden
  • żele pod prysznic - strasznie się rozmnożyły, nie sądziłam, że jest ich aż tyle - redukcja do sensowej ilości ;)
  • próbki i maseczki w saszetkach - masa próbek i masa maseczek; nie lubię używać próbek, ale w końcu trzeba się za nie zabrać.
 Trzymajcie kciuki :) a na razie prezentuję część zużyć z listopada - resztę pokażę pod koniec miesiąca.


Błyszczyk Maybelline ColorSensational Gloss w odcieniu Nude Peral - mój faworyt, którego używałam codziennie - szkoda, że już się skończył, bo zdeklasował wszystkie inne błyszczyki. Nie klei się, optycznie powiększa usta - może to kwestia odcienia, ale ten jest super naturalny na ustach. Ładnie pachnie, nie klei się, nie wysusza.
 

Świeża maseczka Love Lettuce z Lusha - tu zużycie jest troszkę 'naciągane', bo część maseczki zamroziłam, ale ponad pół opakowania na pewno zużyłam (nie zużyłabym całej przed terminem, a mam pootwierane jeszcze inne maseczki). Kolejny rewelacyjny produkt, który kupię jeszcze nie raz. Zrobię dokładniejszą recenzję z fotkami niedługo :)


Krem do twarzy Aquasource Biotherm - miniaturka, którą dostałam, dzięki wypełnieniu ankiety na stronie Biotherm - później można było ją odebrać ze specjalnym kuponem w wybranej Sephorze. Duże rozczarowanie, nie podoba mi się morski zapach ani konsystencja - niby pianka, ale po nałożeniu na twarz mam wrażenie, że składa się z samych silikonów.


Krem na dzień do skóry normalnej i mieszanej Mineral Flowers - fajne kosmetyki w fajnych cenach - przez długi czas na Mineral Flowers była promocja w Sephorze i można było dostać zestawy w świetnej cenie. Kremu na dzień używałam wieczorem - ten na noc zbyt mocno pachnie geranium, którego nie lubię. Jest bardzo treściwy, więc w mojej opinii nie nadaje się na dzień (chyba, ze do bardzo suchej skóry). Fajnie nawilża i ma świetny skład.


Krem-mus do skóry wrażliwej Lirene - dość nowa seria dla wrażliwców, w skład której wchodzi krem-mus, masło, balsam, serum i żel pod prysznic. Mam jeszcze masło z tej serii, ale zostawiłam je na chłodniejszą porę roku. Krem-mus nie ma bardzo lekkiej konsystencji - trzeba poświęcić chwilę na jego wsmarowanie; jest bardzo dziwny w dotyku - nieco silikonowy. Nieźle nawilża, ale chyba już do niego nie wrócę, bo pachnie za mocno - identycznie jak żel pod prysznic, który można powąchać w drogerii - krem jest szczelnie zapakowany ;)


Tabletki barwiące wodę  z Rossmanna - produkt dla dzieci ;) barwi wodę na czerwono-malinowy odcień, delikatnie pachnie. Nie radzę brać do ręki rozpuszczającej się tabletki - zabarwiona skóra i paznokcie gwarantowane! Na szczęście podczas dłuższej kąpieli schodzi ze skóry, ale podczas zwykłego mycia rąk nie pozbędziemy się barwnika z palców. Fajny gadżet, ale nie jest niezbędny ;)


Tonik łagodzący do skóry wrażliwej Dermika - jako tonik się sprawdza, ale niczym mnie nie ujął, dlatego chyba już do niego nie wrócę. Powinien spodobać się 'wrażliwcom' ze względu na skład. Nie ma zapachu i koloru. Nie podobało mi się zamknięcie - mało higieniczne.


Peeling solny do ciała NailTek - używam odżywek NailTek od wielu lat i uważam, że są świetne. Niestety, nie można tego powiedzieć o tym peelingu. Używany na suchą skórę 'daje' radę, ale na mokrą to porażka. Kryształki soli ślizgają się i rozpryskują, na sucho jest trochę lepiej, ale nie na tyle dobrze, żeby go polecać. Mała pojemność, wysoka cena i kiepskie właściwości złuszczające. Zdecydowane NIE.

Maseczka Naturia Joanna - zawsze chciałam ja mieć, ale albo nie było jej w sklepie albo miałam inne. Niestety kolejne rozczarowanie - ładnie pachnie, ale nie regeneruje, nie ułatwia rozczesywania, właściwie nie robi nic.